bł. Magdalena Morano FMA (1847-1908)




Nauczycielka, która spotkała ks. Bosko

bł. Magdalena Morano Szlachecka rodzina Morano na początku XIX wieku cieszyła się szacunkiem. Wywodziła się ze starej rodziny herbowej, miała pieniądze z handlu tkaninami, w które zaopatrywał się u nich nawet dwór książąt sabaudzkich. Kierowała się też zasadą: "Szlachta to szlachta. Plebs to coś gorszego. Kto poślubi kobietę z plebsu, nie jest godzien być szlachcicem. Zdradził swoje pochodzenie". Kiedy więc Francesco Morano w 36 roku życia poślubił biedną, ale bardzo piękną tkaczkę Katarzynę Pangella z Buttigliera d'Asti, ojciec powiedział mu wprost, że zdradził ich rodzinę, a tym samym utracił szlachectwo i prawo do dziedziczenia dóbr rodzinnych. Decydując się na to małżeństwo, Francesco liczył się z takimi konsekwencjami. W późniejszych latach zarejestrowano go w urzędzie miejskim w Buttigliera, a potem w Chieri jako "drobnego sprzedawcę" (1841), "handlowca" (1847), "kupca oraz handlarza starzyzną" (1854).

W tej skromnej, ale pobożnej i szlachetnej rodzinie 15 listopada 1847 r. przychodzi na świat Magdalena. Jest szóstym dzieckiem. Po niej urodzą się jeszcze Giuseppe i Orsola. W 1848 r. wybucha pierwsza wojna o niepodległość Italii. Franciszek zgłasza się do wojska na ochotnika. Chce walczyć za ojczyznę, ale też i nie jest mu obojętny żołd, który zapewni utrzymanie rodziny Będzie służył w wojsku sześć lat. Wraca do domu w 1854 r. ze zrujnowanym zdrowiem. W rok potem umiera na gruźlicę.

Rodzina nigdy nie była zamożna, lecz teraz zagraża jej wręcz nędza. W tym czasie umiera także Francesca, najstarsza córka, mająca 18 lat. Matka zaczyna rozpaczać. Ośmioletnia Magdalena pociesza ją: "Mamo, nie płacz. Ja ci pomogę". Przerywa naukę w szkole podstawowej i zasiada przy krośnie, gdzie dotychczas pracowała Francesca. Spod jej zręcznych paluszków wychodzą kilometry płótna, które matka usiłuje sprzedać, krążąc po okolicznych miejscowościach. Praca ośmioletniej dziewczynki w owych czasach jest czymś dość normalnym. Ale ks. Franciszek Pangella, kuzyn matki, zaczyna obawiać się o dalsze losy Magdaleny. Dziecko przestało się śmiać, bawić, posmutniało. Delikatnie wspomaga rodzinę, kupuje też książki, przybory szkolne. Dziecko ma wrócić do szkoły i do zabaw.

Magdalena kończy 10 lat. Przeżywa wtedy trzy ważne momenty swego dziecięcego życia: Pierwszą Komunię świętą, śmierć siedmioletniego brata Józefa i rozpoczęcie nauczania jako maestrina w szkole, którą prowadzi pani Rosa Girola. Pani Rosa polubiła żywą, przedsiębiorczą, a kiedy trzeba, rozsądną i poważną dziewczynkę. W swej wieloklasowej szkole powierza jej pod opiekę najmniejszych. Magdalena bawi się z nimi, pomaga w lekcjach. Dzieci lubią swoją maestrinę i darzą ją też pełnym zaufaniem. Magdalena zaczyna marzyć, żeby kiedyś zostać prawdziwą nauczycielką.

Marzenie spełni się pięć lat później. W Buttigliera, gdzie teraz mieszka rodzina, ks. proboszcz Vaccarino otwiera przedszkole. Magdalena, choć nie skończyła jeszcze piętnastu lat, zostaje wychowawczynią. Przygotowuje się do zdania egzaminów. Chce zdobyć odpowiedni dyplom. Tymczasem dzieci są zauroczone młodziutką, inteligentną, żywą i mądrą wychowawczynią, zaś dom Morano może liczyć na niewielką, ale stałą pensję.

W 1864 r. Magdalena zdobywa dyplom drugiego stopnia, który ją uprawnia do nauczania pierwszych i drugich klas w szkole podstawowej. Dwa lata potem zdobywa także i dyplom pierwszego stopnia. Władze miejskie w Montaldo Torinese oferują jej stanowisko w swojej szkole i wyższą pensję. Ma 19 lat. Pyta matki i starszego brata Piotra o zgodę. Musiałaby zamieszkać 12 km dalej. Nie jest łatwo podjąć decyzję, ale zgadzają się na rozstanie. Najbardziej żal jej dzieci, z którymi zżyła się bardzo. Maluchy zalewają się łzami, żegnając swoją maestrinę.

W Montaldo Magdalena przeżywa po raz pierwszy dziwne uczucie. Zostaje źle przyjęta przez ludzi, ponieważ zajęła miejsce nauczycielki miejscowej. Rozplotkowane społeczeństwo małomiasteczkowe nie chce jej zaakceptować. Aby zapomnieć o tym, rzuca się w wir pracy z dziećmi, które nie interesują się plotkami, natomiast zauważają natychmiast, kto je kocha. Pogodna dobroć, życzliwość i miły uśmiech dla wszystkich, radość i zaangażowanie pełne pomysłów zyskują serca wychowanków. Za dziećmi pójdą rodzice i całe miasteczko. Z szacunkiem będą nazywać ją "pani". Spędzi wśród nich 12 lat.
Magdalena nie należy do pięknych dziewcząt. Jest krępa, dość dobrze zbudowana, ale bardzo sympatyczna i miła. Dzieciaki, spotykając ją na ulicy, biegną, aby ją pozdrowić, zdradzić wszystkie sekrety dziecięcego serca i bóle. Wiedzą, że można ją często znaleźć w kościele. Maestrinę cechuje głębokie życie wewnętrzne. Codziennie spotyka się z Bogiem na Mszy św., na Drodze Krzyżowej, ucząc dzieci katechizmu w parafii, włączając się czynnie w życie parafialne. Ma przewodnika duchowego w ks. proboszczu Trincheri. Któregoś dnia zapyta go, czy może czytać modne wówczas w gronie inteligencji romanse. Odpowie krótko: "Według mnie, lepiej, żebyś tego nie brała do ręki".

Jest rok 1877. Magdalena zebrała przez 11 lat tyle oszczędności, że może matce zrobić wielką radość: kupuje niewielki domek z ogródkiem, kawałkiem pola, winnicą. Zdradza też matce tajemnicę, którą od dawna nosi w sercu: chce zostać zakonnicą. Matka cieszy się z podarku, ale serce ją boli, że córka chce iść do zakonu. Z bólem, ale wyraża zgodę.

Nie przyjmują jej ani siostry Figlie delia Carita, ani dominikanki. Jest za stara: nie przyjmują kobiet po trzydziestce. W 1878 r. Magdalena przebywa w Turynie. Idzie do ks. Bosko. Święty natychmiast dostrzega jej walory duchowe i charyzmat pedagogiczny. Co za wspaniałe powołanie przysyła mu Madonna do młodego zgromadzenia sióstr Córek Maryi Wspomożycielki! Nie pyta o wiek. Przyjmuje ją z radością. Także Magdalenę ogarnia zapał i radość. Wraca do domu i napotkanej po drodze koleżance mówi: "Zostaję salezjanką! Cieszysz się?". Ani Luiza, ani mieszkańcy Montaldo nie bardzo chcą się cieszyć. Zbyt ją polubili. Ksiądz proboszcz, żartując, powiedział: "Mniej bym żałował, gdyby mi zabrali wikarego".

Magdalena Morano wstępuje do sióstr w Mornese 15 sierpnia 1878 r., ma 31 lat, Rekolekcje wygłaszał wtedy sam ks. Bosko. To on powiedział do pierwszych sióstr: "Jest was na razie mało, lecz sytuacja się wnet zmieni. Będziecie miały tyle wychowanek i postulantek, że będą trudności z przydzieleniem im pracy". Magdalenę bardzo polubiła Matka Mazzarello, a nowa siostra ze zdumieniem stwierdziła, że system salezjański w wychowaniu to właśnie system, który praktykowała od 16 lat.

Minęło zaledwie 20 dni od wstąpienia do Zgromadzenia. Zanim jeszcze omówiono sprawę nowicjatu i habitu zakonnego, poproszono Magdalenę, by podjęła ponownie nauczanie. Uczy w Nizza, gdzie w latach 1878-1879 przeniesiono Dom Macierzysty. Znów zaprzyjaźnia się serdecznie z uczennicami, które w szkole czują się, jak w domu. Uczy w czasie odbywania nowicjatu. Nie odrywa jej to od zastanawiania się nad sensem życia: "Szukaj prawdziwego pokoju nie na ziemi, ale w niebie, nie w stworzeniach, ale w Bogu. - Wszystko przemija. Czeka na nas niebo. - Ciężko ci pójść do tego zajęcia, spełnić to polecenie, przebaczyć? Pomyśl, kto cię posyła, pomyśl, kim jest ten, kto tego od ciebie oczekuje".

4 września 1879 r. składa pierwsze śluby: ubóstwa, czystości, posłuszeństwa. 2 września 1880 r. oddaje się Bogu na całe życie przez śluby wieczyste.

Matka Mazzarello powołuje ją do rady domu. To dzięki jej duchowości i inteligencji rodzi się specyficzny klimat wychowania salezjańskiego, który siostry poniosą na cały świat. Nocą 14 maja 1881 r. umiera Matka Mazzarello. W pewnym momencie woła do stojącej obok s. Magdaleny: "Śpiewajmy, siostro Morano, śpiewajmy!".

5 września 1881 r. jedzie z listem posłuszeństwa na Sycylię, gdzie w Trecastagni, między Etną a morzem, powstaje trzeci dom sióstr. Najtrudniejsze jest pożegnanie z mamą. Obie przywykły jednak do takich ofiar przez codzienne odprawianie Drogi Krzyżowej. Jedzie najpierw pociągiem do Rzymu, a potem 18 godzin drogą morską razem z dwoma siostrami i nowicjuszką.

Pierwszą dziewczynką, jaką spotyka na Sycylii w Trecastagni, jest Giuseppina Messina, sześcioletnia sierotka. Potem przybywa 11 innych bardzo biednych wychowanek. Ludność miejscowa nie odnosi się ze zbytnią sympatią do tych "obcych" sióstr. Siostra Morano uśmiecha się. To samo było przecież przed 15 laty w Montaldo. Stosuje ten sam system: razem z siostrami oddaje się z zapałem pracy dla dziewcząt. Po dwóch miesiącach pisze w liście: "Oprócz żeńskiego internatu otworzyłyśmy ostatnio także pracownię dla dziewcząt dochodzących, zamożnych i biednych. W niedziele prowadzimy też dla nich lekcje katechizmu w naszej kaplicy Biedactwa schodzą się i słuchają tak chętnie, że trudno ich nie polubić. Także dorośli bardzo potrzebują strawy duchowej". W rok potem salezjanki w Trecastagni prowadzą oratorium świąteczne, kolegium, konwikt, kilka szkół.

Przez cztery lata siostra Morano pracuje bez wytchnienia. Jest dyrektorką domu, mistrzynią nowicjuszek, nauczycielką, katechetką, pomaga w zakrystii, w portierni, pralni, kuchni i w piekarni. Od czasu do czasu otwiera zeszycik ze słowami Matki Mazzarello, zanotowanymi kiedyś w Mornese: "Kochajmy Go, siostro Magdaleno! Kochajmy Jezusa! Pracujmy dla Niego bez oszczędzania się. Dodawajmy sobie ciągle odwagi: tutaj płaczemy, tam w niebie będziemy się radować".

Raz w tygodniu siostry odrywają się na godzinę od pracy, aby mieć czas tylko dla siebie, aby odnowić się duchowo. Udają się do zakrystii. Chcą być same. Siostra Morano mówi im o ks. Bosko, o Matce Mazzarello i Mornese, o świecie salezjańskim i pracy salezjańskiej. Nie są to w ścisłym tego słowa znaczeniu konferencje, a raczej dzielenie się "mądrością serca". Siostry chłoną słowa siostry Morano i wracają odnowione duchowo do pracy

Praca sióstr wydaje wspaniałe owoce. Stają się znane na wyspie, a tamtejsi biskupi zabiegają, aby salezjanki podjęły pracę także w ich diecezjach. Jakby w odpowiedzi na te prośby, zgłasza się do sióstr coraz to więcej kandydatek. Młode dziewczęta, które zobaczyły pracę sióstr, chcą "żyć z nimi". Jest ich bardzo dużo.

Po czterech latach "cudu sycylijskiego" siostra Morano zostaje przeniesiona do Turynu. Siostry "mnożą" się, jak cudowny chleb i ryby ewangeliczne w rękach Chrystusa. Trzeba zreorganizować zarząd zgromadzenia. Dom w Turynie staje się domem inspektorialnym, a siostra Morano jego przełożoną.

Niestety siostra Piccono, która ją zastąpiła na Sycylii, umiera z nadmiaru pracy. Także i inne dyrektorki dzieł salezjańskich na Sycylii są wyczerpane z tego powodu. Siostra Morano musi wrócić znów na Sycylię do Trecastagni, ale nie tylko jako dyrektorka, lecz także jako inspektorka sycylijskiej prowincji.

Czeka ją ogromna praca przez 18 lat reszty życia. Spis otwartych na Sycylii domów jest świadectwem ogromnego zaangażowania sióstr i żywotności dzieła salezjańskiego. W 1888 r. w Katami dom św. Agaty i drugi dom św. Filipa, w 1890 r. dom w Ali Marina, w 1893, znów w Katami dom św. Franciszka, w 1894 r. domy w Marsala i w Vizzini, w 1896 r. nowy dom w Katanii i Messynie, w 1899 r. dom w Barcellona Pozzo, w 1901 r. dom w Modica, w 1902 r. domy w Piazza Armerina i w Biacavilla, w 1903 r. domy w Parco i Balestrate, w 1907 r. dom w Palagonia.

Każdego ranka siostra Magdalena wstaje przed wszystkimi, odprawia Drogę Krzyżową, zanim siostry przyjdą do kościoła, potem po wspólnych modlitwach zaczyna codzienną pracę, która dla wielu ludzi byłaby ponad siły. Notuje sobie któregoś razu, aby nie zapomnieć: "Na sądzie Bożym zdamy sprawę z dobra, które mogliśmy uczynić, a nie uczyniliśmy".

W 1900 r., po miesiącach morderczych podróży w okropnym upale, zdrowie załamuje się. Od jakiegoś czasu męczą ją nieustanne kolki i mdłości. Profesor Clementi z Katami stwierdza po badaniach chorobę nowotworową. Chirurgia owych czasów nie była w stanie interweniować. Lekarz nie może zrozumieć spokoju i cierpliwości chorej przy tak zaawansowanej chorobie. Matki Morano nie opuszcza radość. Próbuje nawet bawić się z dziewczętami na boisku. Wydaje się jednak, że kryzys zdrowia z 1900 r. jest początkiem końca. Wysoka gorączka i bóle nie ustają. Gdy zmartwione siostry współczują jej, powiada: "Jezus cierpiał jeszcze więcej". Nie ma wtedy jeszcze antybiotyków, ale są modlitwy dusz oddanych Bogu, które mogą uprosić wiele łask. W połowie listopada matka Morano może wstać z łóżka. Żartuje, że "czarne owce" nie umierają.

W kolejnych latach bóle nie ustają, lecz i uśmiech nie niknie z jej ust. Zacieśnia swą przyjaźń z Bogiem. Poświęca mu godziny, kiedy z powodu bólu nie może spać. Do chorej siostry napisze: "Próbuj i ty modlić się o łaskę cierpliwego i spokojnego dźwigania krzyża z dnia na dzień, biorąc go z rąk dobrego Jezusa, a nie od stworzeń. Zobaczysz, że poczujesz się lepiej. Można się wypłakać wobec Jezusa, ale uczyniwszy to, trzeba pójść trochę pocierpieć radośnie dla Jezusa". Słowa te malują obraz jej duszy.

W marcu 1908 r. przychodzi list od Matki Daghero z Turynu. Zapytuje, czy byłaby gotowa opuścić Sycylię i podjąć obowiązki inspektorki w nowej inspektorii. Matka Morano jest blada i drży z gorączki. Z humorem odpowiada: "A Matka nie ma litości dla moich 61 lat? Zdaję się na wolę Bożą, ale proszę, by dał mi łaskę dobrego przygotowania się na śmierć". To nie były puste słowa. Matka Morano czuła, że umiera. W nocy 24 marca przybywa lekarz i denerwuje się: "Dlaczego wołacie mnie do umarłej? Ostre zapalenie otrzewnej. Nie ma żadnego ratunku!". Ból jest nie do zniesienia, środków znieczulających mało. Nadchodzi koniec. Matka Magdalena szepcze: "Jezu, nie opuszczaj mnie! Wszystko, jak Ty chcesz!". Gaśnie 26 marca rankiem. Ranek wstaje słoneczny, zakwitają kwiaty

Ojciec św. Jan Paweł II ogłosił ją błogosławioną 5 listopada 1994 r.