bł. Filip Rinaldi SDB (1856-1931)




"Wybrałem ks. Bosko"

bł. Filip Rinaldi Lu Monferrato leży na dość wysokim wzgórzu. Ksiądz Bosko i gromada chłopców z turyńskiego oratorium musieli się sporo natrudzić, zanim wspięli się na plac przykościelny. Zalani potem, ale radośni, zaczęli dąć z tym większym zapałem w trąby. Dźwięki marsza wypłoszyły z domów dzieciaki i gospodynie. Z pól wracali wieśniacy. Na progu domu rodziny Rinaldich przycupnęła gromadka dziewięciorga dzieci. Przedostatni, chudy pięciolatek nazywał się Filip. Nie mógł oderwać oczu od dyrygującego orkiestrą ks. Bosko. Gdy dźwięki marsza umilkły, a dyrygent zwrócił uśmiechniętą twarz ku publiczności, malec zaczął zapamiętale klaskać w małe dłonie. Pół godziny potem ks. Bosko zawitał osobiście do domu Rinaldich. Prosił Pana Krzysztofa o pomoc. Chciał uprzedzić przybycie swoich chłopców do następnej wioski i dlatego poprosił pana Krzysztofa Rinaldiego o pomoc, to jest podwiezienie go tam dwukółką. Tata Rinaldi chętnie przyrzekł pomoc, a przy okazji pochwalił się swoimi zuchami. Spojrzenie księdza Bosko dłużej spoczęło na Filipie. Tak, spotkają się jeszcze nieraz...

Krzysztof Rinaldi i Antonia Brezzi założyli rodzinę właśnie w Lu. Pani Antonia miała wiarę wielką jak góry, wśród których wyrosła. Codziennie wieczrem klękała z dziewięcioma synami przed niszą, w której była figurka Matki Bożej. Dzieci powtarzały za matką modlitwę: "Pozdrawiam Cię, o Maryjo. Oddaję Ci moje serce. Zatrzymaj je sobie na zawsze". Trzech tych chłopców zostało potem księżmi.

W niedalekim Mirabello ks. Bosko otworzył małe seminarium. Tata Filipa zawiózł tam dwukółką swego dziesięcioletniego synka (1866). Chłopak, opuszczając dom po raz pierwszy w życiu, nie był wesoły, ale wiedział, że trzeba zdobyć się na to poświęcenie, jeżeli chce się uczyć.

Uczył go między innymi kleryk Paweł Albera. "Dla mnie ksiądz Albera był prawdziwym Aniołem Stróżem. Opiekował się mną i robił to z wielką życzliwością" - napisze potem Filip.

Ksiądz Bosko przybył tam dwa razy z Turynu i długo rozmawiał z Filipem. Zostaną odtąd przyjaciółmi. Niestety przyszła wiosna i Filipowi odechciało się nauki. Zmęczył się, a do tego zaczęło go boleć lewe oko. Kielicha goryczy dopełnił jeden z asystentów, który go skrzyczał. Poszedł do księdza dyrektora i zdecydowanie powiedział, że chce wrócić do domu. Tata Krzysztof musiał zaprząść dwukółkę i przyjechać po Filipa.

Gdy ks. Bosko przybył do Mirabello po raz trzeci, nie spotkał tam już swego małego przyjaciela. Napisał więc do niego list. Takich listów dostanie chłopiec jeszcze kilka. W każdym ks. Bosko prosi go, aby wrócił. Ale Filip na razie nie myśli o tym.

W 1876 r. Filip ma już 20 lat. W domu Rinaldich zjawiają się swatowie. Ale razem z nimi zjawia się z Turynu i ks. Bosko. Rozmowa z Filipem trwa bardzo długo. Filip spokojnie, ale z chłopskim uporem przedstawia ks. Bosko swoje trudności i obawy. Ks. Bosko jednak jest nieustępliwy. Wreszcie przekonuje chłopca, że ma powołanie. Rodzice dają mu wolną rękę. Napisze potem: "Wybrałem ks. Bosko".

Wieśniak z Lu, mając 21 lat, zabiera się znów do książek. Po dwóch latach nauki, we wrześniu 1879 r., rozpoczyna w San Benigno nowicjat. Mistrzem nowicjatu jest ksiądz Julian Barberis. 20 października 1879 r. Filip otrzymuje z rąk ks. Bosko sutannę. Jego koledzy mają zaledwie 16, 17 lat. Dlatego dorosły Filip, choć sam jest nowicjuszem, zostaje ich asystentem. Jest to pierwszy urząd, jaki pełni w Zgromadzeniu. Już tutaj objawia się jego cierpliwość, dobroć, opanowanie. Mając 24 lata, składa na ręce ks. Bosko wieczyste śluby zakonne - zostaje salezjaninem. Napisze wówczas: "Długo się zastanawiałem, nim podjąłem decyzję. Teraz jestem szczęśliwy z dokonanego wyboru".

W 26. roku życia, 23 grudnia 1882 r., otrzymuje święcenia kapłańskie w Ivrea z rąk księdza biskupa Dawida Riccardi. Ksiądz Bosko po Mszy prymicyjnej w San Benigno pyta: "A teraz jesteś szczęśliwy?". Ksiądz F. Rinaldi odpowiada: "Jeżeli będę przy księdzu Bosko, tak, jeżeli nie, nie będę wiedział, co dalej robić".

Znamienne, że Filip całą drogę życia zakonnego i dążenia do kapłaństwa złożył w ręce ks. Bosko. "Wcale nie zamierzałem zostać księdzem. Salezjaninem tak, ale księdzem nie. Zdawałem egzaminy z teologii, przyjąłem święcenia tylko z posłuszeństwa". Ciekawe, że ks. Bosko nie postępował tak z żadnym innymi klerykiem. Zwykle zachęcał, radził, ale nigdy nie wpływał na ostateczną decyzję. Tutaj było inaczej. Ksiądz Bosko nakazywał. Ksiądz Bosko musiał proroczo przewidywać przyszłość Filipa.

Ksiądz Bosko umiera 31 stycznia 1888 r. Ksiądz F. Rinaldi mianowany przez niego dyrektorem seminarium dla spóźnionych powołań, najpierw w Mathi, a w rok potem w Turynie, przy kościele św. Jana Ewangelisty, chce się przed śmiercią dobrego ojca wyspowiadać u niego. Powiada: "Księże Bosko, chciałbym się u księdza wyspowiadać, ale nie chcę księdza męczyć. Zróbmy tak: ja wyznam grzechy, a ksiądz powie mi tylko jedno słowo, tylko jedno". Przed rozgrzeszeniem ks. Bosko wyszeptał: "Meditazione - rozmyślanie".

Ksiądz M. Rua, następca ks. Bosko w zarządzie Zgromadzenia, zawołał któregoś dnia w 1889 r. ks. Rinaldiego do siebie i powiada: "Pojedziesz do Sarriá w Hiszpanii. Trzeba tam załatwić wiele trudnych spraw".

Szkoła salezjańska w Barcelonie-Sarriá przeżywała kryzys. Zaczęło ubywać wychowanków. Trzeba było ratować prestiż salezjanów. Ksiądz Filip mimo 33 lat życia, zabiera się do gramatyki hiszpańskiej. Do Sarriá przybywa 29 października 1889 r. Zastaje tragiczną sytuację. Brak odpowiedniego personelu, chłopcy robią, co chcą, dom się wali. Rozpoczyna ze spokojem odbudowę wspólnoty domowej, szkolnej, zaprowadza karność, sam przewodzi zabawom wychowanków na przerwach.

Oczywiście nie obyło się bez starć z chłopcami i personelem, a nawet z dobrodziejami. Jeden z wychowanków, niezadowolony z nowych porządków, wpada wzburzony do pokoju dyrektora i wyrzuca przed nim wszystko, co go boli. Kończy: "Teraz pakuję manatki i wracam do domu". Ksiądz Rinaldi ze spokojem słucha chłopca i mówi: "Powiedziałeś, co myślisz. Jestem ci za to wdzięczny. Przemyślę to. A teraz powiedz, czy dlatego chcesz odjechać do domu?". Zaskakuje tym chłopca. Ze spokojem dopowiada więc: "Mój synu, zostaniesz salezjaninem, dobrym salezjaninem...". Tak też się stało.

Trzy lata wytężonej pracy zażegnały kryzys w Sarriá. Ksiądz Rinaldi dał się poznać jako doskonały organizator. Nic też dziwnego, że ks. Rua mianuje go inspektorem dzieł salezjańskich w Hiszpanii i w Portugalii. Młodzi salezjanie rozwijają się w Hiszpanii nadzwyczajnie, mimo iż mają - jak to młodzi - zarówno zalety, jak i wady. Inspektor zaczyna wizytować poszczególne domy, rozmawia ze współbraćmi. "Jestem ojcem. Będę unikał surowego traktowania. Gdy przyjdą do mnie, nie pokażę im, że jestem zmęczony, lub, że nie mam czasu" - zapisze w notatniku duchowym. Nie były to tylko słowa. Stary arcybiskup Walencji, biskup Olaechea powie: "Jestem przekonany, że w moim długim życiu, nie spotkałem księdza, który by mi bardziej uświadomił pełne miłości ojcostwo Boga, jak ks. Rinaldi".

W ciągu 9 lat ks. Filip otwiera 16 nowych domów salezjańskich. "My, salezjanie, jesteśmy po to, aby pracować wśród młodzieży ubogiej. Pracując dla niej, nie możemy pozostawić ich własnemu losowi. Poprzez działalność kulturalną i społeczną ma się rozwijać i wydobyć z biedy. Gdy pracujemy dla biednych, nie przejmujmy się zbytnio wydatkami. Oczywiście, wydawnictwa, biblioteki, stowarzyszenia kulturalne, wszystko to kosztuje, ale Opatrzność zawsze będzie nam pomagać".

Córki Maryi Wspomożycielki współpracują z salezjanami na polu wychowania, a inspektor roztacza nad nimi opiekę. W notesiku ks. E. Rinaldi zapisze: "Ponieważ siostry nazywają mnie ojcem, powinny odczuć, że jestem ojcem ich dusz". Powie im: "Widzę, że wkładacie wiele wysiłku, aby wychować dobre dziewczęta. Bardzo dobrze. Ale powiem wam, że czyni się wielką krzywdę dziewczętom, jeżeli z pobożnością nie łączy się odpowiedniego wykształcenia. Zrozumcie, że, nie kształcąc dziewcząt i nie ucząc ich pracować, daje się do ręki broń wrogom, którzy będą oskarżać zakonników o ignorancję i lenistwo, a wychowanice, gdy przekonają się same, że zostały niedostatecznie przygotowane do życia, pogardzą wychowawczyniami i pierwsze włączą się do propagandy antyreligijnej".

17 lutego 1901 r. niespodziewanie umiera ks. Domenico Belmonte, dotychczasowy prefekt generalny Zgromadzenia. Miał zaledwie 58 lat. Był prawą ręką księdza generała. Ksiądz Rua, nie zastanawiając się długo powołuje na jego miejsce ks. E. Rinaldiego. Ten rozpoczyna pracę 1 kwietnia. Dlatego niektórzy sobie dworowali, że będą to "primaaprlisowe" rządy. Ma wtedy 45 lat.

Niełatwo było opuścić Hiszpanię. Wymagając od innych posłuszeństwa, ks. E Rinaldi wiedział, że i sam musi być posłuszny. Do jednej z sióstr w Hiszpanii napisze wkrótce: "Tutaj zaczynam nowe życie, zupełnie inne niż w Hiszpanii. Nie wyobrażacie sobie nawet, jak liczne i jak trudne są te moje nowe obowiązki". Tak zaczęła się żmudna monotonia administrowania salezjańskim majątkiem, załatwianie delikatnych i trudnych spraw wewnątrz i na zewnątrz Zgromadzenia. Codziennie napływa cała fala listów. Ktoś daje upust nerwom, ktoś się żali lub skarży, inny prosi usilnie o załatwienie czegoś. Nie brak i listów głupich. Sekretarz wspomina, że ks. E. Rinaldi, po przeczytaniu, notuje zaraz propozycję odpowiedzi, ale list wędruje do szuflady. Ostateczna redakcja odpowiedzi nastąpi dopiero za parę dni, gdy ks. F. Rinaldi ochłonie z emocji.

Nie brak i przeróżnych wizyt. Ksiądz F. Rinaldi postanawia sobie, że żaden człowiek nie będzie tylko "sprawą do załatwienia". Aby nie utonąć wśród papierów, wstaje wcześnie rano, śpieszy do Bazyliki Wspomożycielki, odprawia o godz. 5.00 Mszę św. i siada na dwie godziny w konfesjonale. Kiedy pytają, czy nie wystarczy mu pracy w biurze, odpowiada: "Chcę, mimo wszystko, czuć się księdzem".

6 kwietnia 1910 r. umarł ks. M. Rua. Miał 73 lata. Ksiądz F. Rinaldi powiadamia współbraci o smutnym wydarzeniu i zwołuje Kapitułę Generalną, która wybierze "trzeciego księdza Bosko". Wybrano księdza Pawła Albera, byłego asystenta z Mirabello, którego tak polubił w czasach seminarium mały Filip. Na stanowisko prefekta generalnego ponownie wybrano ks. F. Rinaldiego.

W 1914 r. wybucha pierwsza wojna światowa. W ogromie ludzkiego cierpienia uczestniczy i Zgromadzenie. Wielu współbraci, powołanych do wojska, musi walczyć przeciw sobie po obu stronach frontu. Wielu współbraci zginęło, wielu zaginęło. Domy i szkoły salezjańskie zajmuje teraz wojsko na koszary i szpitale. Zostaną zdewastowane i poniszczone. W niektórych schronią się uchodźcy i sieroty. Ksiądz F. Rinaldi troszczy się o los i zaopatrzenie współbraci na froncie.

Mimo trudnych czasów i wielu zajęć ks. E. Rinaldi znajduje czas dla dziewcząt z oratorium sióstr salezjanek w Turynie. Objął tę funkcję po księdzu Francesia, który był opiekunem duchowym tego dzieła przez 25 lat. Były to dziewczęta przeważnie z rodzin robotniczych. Ksiądz E. Rinaldi daje siostrom i dziewczętom takie wskazania: "Pozwólcie im śpiewać, krzyczeć. Wy też śpiewajcie i bawcie się z nimi, bo zaufanie zdobywa się, a nie wymusza. Wtedy zwierzą się wam i będziecie mogły nimi kierować. Kiedyś wystarczyły do pracy silne ręce, dziś trzeba także dobrej głowy. Trzeba się zatem kształcić".

Całym sercem zajął się też organizowaniem byłych wychowanków salezjańskich. Owocem tych zabiegów był nie tylko sam związek, ale też i ich kongresy "Byli wychowankowie są owocem naszych trudów Nie pracujemy w naszych domach dla zarobku, ani też dlatego, aby nasi chłopcy byli dobrzy, gdy są z nami, ale po to, aby wychować ich na dobrych chrześcijan. Dlatego też dzieło byłych wychowanków ma za cel utrwalenie naszych wysiłków na przyszłość. Dzięki temu związkowi chcemy ich znów przywołać na dobrą drogę, jeżeli z niej zeszli".

On jest też twórcą instytutu osób poświęconych Bogu, ale żyjących w świecie, tzw. Volontarie di Don Bosco - Wolontariuszek Księdza Bosko.

Ksiądz P. Albera umiera niespodziewanie 28 października 1921 r. Ksiądz F. Rinaldi ma wówczas 65 lat. Posiwiały mu włosy, oczy, skryte za małymi okularami, stały się jeszcze bardziej dobrotliwe i ojcowskie, postać, kiedyś smukła, przygarbiła się od lat i pracy. Spodziewa się, że salezjanie ujmą mu na starość pracy.

Kapituła Generalna zebrała się 22 kwietnia 1922 r. Jej celem był wybór nowych władz Zgromadzenia. W przygotowanym przemówieniu ks. F. Rinaldi prosił radców, "aby do władz wybrali ludzi młodych". Nie spodziewał się, że w pierwszym głosowaniu (50 głosów na 64) zostanie wybrany przełożonym generalnym. Ksiądz Francesia, jak i inni starsi salezjanie, którzy doskonale pamiętali ks. Bosko, powiadali, że ks. F. Rinaldi, poza głosem, był jakby kopią ks. Bosko. Został więc "czwartym księdzem Bosko" Rodziny Salezjańskiej. W przemówieniu po elekcji prosił współbraci o modlitwę, aby "nie zepsuł tego, co zdziałał ks. Bosko i jego następcy". Były to czasy wzmożonej aktywności misyjnej Kościoła. W działania te włącza się całym sercem ks. E Rinaldi. Gdy w 1922 r. ksiądz kardynał J. Cagliero obchodzi diamentowy jubileusz kapłaństwa, ks. E Rinaldi powołuje do istnienia Salezjański Instytut Misyjny imienia Kardynała J. Cagliero w Ivrea. Odtąd na misje zaczną wyjeżdżać też klerycy, aspiranci, oraz nowicjusze. Są młodzi, a więc łatwiej przystosują się do warunków misyjnych i nauczą się nowego języka.

W ciągu 10 lat z "Cagliero" wyszło 450 młodych misjonarzy. 920 wychowanków zostało zakonnikami, 577 otrzymało święcenia kapłańskie. Napływ kandydatów był tak wielki, że trzeba było otworzyć 9 nowych tego rodzaju instytutów misyjnych.

Ksiądz F. Rinaldi jest też twórcą czasopisma misyjnego: Gioventú Missionaria - Młodzież Misyjna, kół misyjnych, wystawy misyjnej w Turynie i w Rzymie.

Za jego kadencji salezjanie otrzymują tereny misyjne: Porto Velho w Brazylii - 1926 r., Madras i Krishnagar w Indiach - 1926 r., Miyjazaki w Japonii - 1928 r., Ratburi w Tajlandii - 1930 r. Przez dziewięć lat swego urzędowania wyśle on na misje 1868 salezjanów i 613 sióstr salezjanek. Aby utrzymać jedność wśród współbraci, dużo podróżuje, wizytując dzieła salezjańskie w Polsce, Austrii, na Węgrzech, w Niemczech, Francji i w ukochanej Hiszpanii.

2 czerwca 1929 r. ks. E. Rinaldi przeżył jeden z najpiękniejszych dni swego salezjańskiego życia. Ojciec święty Pius XI ogłosił błogosławionym ks. Jana Bosko.

Są to czasy rodzącego się faszyzmu. Gdy proponuje się salezjanom opiekę nad faszystowską organizacją młodzieżową Balilla, nasz ksiądz Rinaldi odpowie stanowczo: nie!

Stojąc na szczycie władzy w Zgromadzeniu, nie zapomina, że jest księdzem. Kocha ubogich. Jeden z zaprzyjaźnionych fabrykantów wspomina, że nie było dnia, żeby mu nie podesłał jakiegoś bezrobotnego biedaka. Ma też czas na niesienie pomocy chorym, gdy Turyn nawiedzi epidemia grypy zwanej "hiszpanką".

Wiek i praca nadwerężyły siły żywotne ks. F. Rinaldiego. Lekarz doradza mu dłuższe okresy odpoczynku. Ksiądz Rinaldi odpowiada wtedy: "Jeżeli ja mam trudności z chodzeniem, nie mam prawa zmuszać Zgromadzenia Salezjańskiego, żeby dostosowało swój krok do mojego". Współbraciom powtarza: "Wkrótce będę w raju". Musiał jednak zrezygnować z podróży. Zaczyna się wiele modlić. "Życie wewnętrzne jest obecnością Boga, o którym pamiętamy, przywołujemy, kochamy w nas samych. Trzeba napełnić życiem duchowym szkołę, przerwy, nie tyle może poprzez słowa, co raczej myślą".

Rankiem 5 grudnia 1931 r. ks. F. Rinaldi siedzi w swoim pokoju z książką w ręku. Czytał życiorys ks. M. Rua. Sekretarz wyszedł do sąsiedniego pokoju. Po paru chwilach usłyszał gwałtowny kaszel. Wbiegł do pokoju i zastał ks. E. Rinaldiego z głową pochyloną głęboko nad książką. Już nie żył. Odszedł, nie sprawiając nikomu kłopotu.

Ster Zgromadzenia przejął od ks. P. Albera. Liczyło ono wtedy 4788 salezjanów, którzy pracowali w 404 domach. W chwili śmierci ks. E Rinaldiego było 8836 salezjanów, którzy pracowali w ponad tysiącu dzieł, rozrzuconych po całym świecie.

29 kwietnia 1990 r. papież Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym.