Odkryjmy Go takim, jakim jest




Dzieciństwo

Ksiądz Jan Bosko - osobowość tak ujmująca, że już ponad sto pięćdziesiąt lat mówi się o niej, pisze, podziwia i na nowo odkrywa... Na spotkaniach naszych grup ewangelizacyjnych często słychać okrzyki i piosenki zawierające imię i nazwisko księdza Bosko. Czy jednak znamy księdza Boska, czy tylko mamy o Nim zaledwie mgliste wyobrażenie, zaczerpnięte z obserwacji poszczególnych Salezjanów, z którymi spotykamy się przy różnych okazjach? Dlatego też chciałbym zaproponować, i sobie i Wam, cykl artykułów o księdzu Bosko, abyśmy odkryli Ga takim, jakim rzeczywiście był i jakim jest dzisiaj.

Postarajmy się teraz przenieść w czasie do roku 1815 i wyobrazić sobie piękny, górzysty teren, na którego polach rozciągają się winnice, na łąkach pasą się trzody, gdzieniegdzie widać poletka kukurydzy oraz rosnące dostojnie drzewa morwowe i tylko ptaki zakłócają panującą ciszę. W takim to otoczeniu 16 sierpnia, w miejscowości Becchi nieopodal miejscowości Castelnuovo (koło Turynu), przyszedł na świat Jan Melchior Bosko, syn Franciszka Alojzego Bosko i Małgorzaty Bosko z domu Occhiena. Mały Janek miał dwóch braci: przyrodniego - Antoniego (z pierwszego małżeństwa ojca Janka) i rodzonego - Józefa.

W dwa lata po urodzeniu się Janka zmarł jego ojciec, a jego mama, Małgorzata, mająca wówczas 29 lat, sama musiała się zatroszczyć o wychowanie trzech synów. Była kobietą bardzo pobożną, rozsądną i dobrze znającą życie - kochała swoje dzieci i między innymi dlatego wymagała od nich posłuszeństwa i zaangażowania w życie rodzinne. Każdy wykonywał swoje domowe obowiązki - naturalnie stosownie do możliwości swego wieku. I tak mały, czteroletni Janek pasał bydło, zbierał orzechy, wycinał kolby kukurydzy, plewił grządki w ogrodzie itp. Od wczesnego dzieciństwa zatem życie nie rozpieszczało Janka. Jednak dla ludzi pracujących wtedy na roli nie było w tym nic nadzwyczajnego. Wiek XIX zresztą, był stuleciem, które dla rozbitego państwa włoskiego, było szczególnie trudne (ale o tym nieco później).

Janek Bosko wzrastał w atmosferze sprzyjającej rozwojowi wiary, której świadkiem była jego, nieumiejąca czytać i pisać matka, potrafiąca jednak z pamięci cytować obszerne fragmenty z Pisma Świętego. Mama Małgorzata przekazywała swą wiedzę o Bogu synom, uczyła ich jak się modlić oraz świadczyć dobro innym ludziom.

Jako dziewięcioletni chłopiec Janek miał sen, który, jak się zdaje, miał zaważyć na całym jego życiu. W śnie tym Janek znalazł się na łące położonej nieopodal swego domu, gdzie bawiło się wielu chłopców. Zachowywali się oni różnie: jedni śmiali się, inni w coś grali, a jeszcze inni bawili się w berka. Wielu spośród tych chłopców przeklinało. Słysząc to Janek rzucił się między nich próbując ich uciszyć - nawet przy pomocy pięści. W tym momencie zjawiła się przy nim majestatyczna postać Mężczyzny spowitego białym płaszczem. Twarz jego biła takim blaskiem, że Janek nie mógł na nią patrzeć. Mężczyzna ów wezwał Janka po imieniu i rzekł mu, iż będzie musiał pozyskać tych chłopców nie pięściami i głośnym krzykiem, lecz miłością i dobrocią. Janek zaskoczony takim przesłaniem począł się usprawiedliwiać i tłumaczyć, że jest tylko małym, niewykształconym, biednym chłopcem i nie wie, jak miałby tego dokonać. Dostojny mężczyzna wskazał na piękną Panią, która właśnie się pojawiła i rzekł:
- To będzie twoja Mistrzyni.
Pani dała Jankowi znak, aby podszedł bliżej i powiedziała:
- Spójrz...
Janek spoglądając na łąkę, na której znajdowali się wcześniej chłopcy, spostrzegł, że już ich tam nie ma, a zamiast nich łąka pełna jest koźląt, kotów, niedźwiedzi i innych zwierząt. Pani rzekła:
- Oto pole twojej pracy. Tu będziesz pracował, a to, co teraz stanie się ze zwierzętami ty będziesz musiał uczynić z moimi dziećmi.
Gdy Janek ponownie spojrzał na łąkę zobaczył już nie dzikie zwierzęta, lecz łagodne jagnięta, które biegały, podskakiwały i tuliły się do owego Pana i Pani.

Ksiądz Bosko wielokrotnie wspominał później ten sen, jak również i to, że jako chłopiec nic z niego nie rozumiał. No cóż... w jego rodzinnym domu interpretacje tego snu też były różne. Przyrodni brat Janka, Antoni stwierdził, że Janek na pewno będzie pastuchem, brat Józef, że Janek być może będzie hersztem bandziorów, babcia Janka stwierdziła, że w sny nie wolno wierzyć - co potwierdził i sam Janek. Mama Małgorzata, jako jedyna, zinterpretowała ten sen tak, jak wskazała na to przyszłość: a może Janek zostanie księdzem?

Życie jednak toczyło się dalej, a Janek zdążył zaledwie nauczyć się czytać i pisać. Oprócz tego umiał coś jeszcze. Ilekroć chodził z mamą na targ, podpatrywał wędrownych kuglarzy i uczył się naśladować ich sztuczki. Pieniądze na podpatrywanie sztukmistrzów zdobywał w różny sposób: oszczędzał kieszonkowe przeznaczone na słodycze, odkładał napiwki, łapał ptaki i sprzedawał, a nawet ganiał za królikami i zającami, aby je schwytać i sprzedać. W ten oto sposób mógł stanąć w pierwszym rzędzie podczas występów i bacznie obserwować owe sztuki magiczne, co pozwalało mu na ćwiczenie ich w domu. Ćwiczenia kosztowały go wiele wysiłku, a często nawet siniaków i guzów. Efekty jednak były imponujące... W niedzielne popołudnia cała gromada dzieci, a często i dorosłych, schodziła się na łąkę, na której Janek Bosko urządzał przedstawienia. Schemat takiego spotkania był zazwyczaj taki: najpierw krótka modlitwa, kazanie przeważnie skrócona wersja zapamiętanej niedzielnej homilii z kościoła parafialnego - i występy Janka. Chodzenie po linie rozpiętej między dwoma drzewami, salto mortale, chodzenie na rękach, wyciąganie jajek czy orzechów zza kołnierza widzów, zabijanie i krojenie kurczaka, który za chwilę ukazywał się wszystkim żywy i wiele innych sztuczek oraz popisów zręczności wzbudzały aplauz całej widowni.

Wszystkiemu temu przypatrywała się jego mama - bo też wszystko to działo się za jej wiedzą i przyzwoleniem. Janek uczył się już apostołowania, choć jego możliwości były nader ograniczone. Przed nim była jeszcze długa droga, którą musiał pokonać. Droga ta okazała się być trudną szkołą życia, która jednak przyniosła wspaniałe owoce w przyszłości. Janek nie był na tej drodze sam. Wyruszył w nią z Jezusem Eucharystycznym, którego po raz pierwszy przyjął do swego serca mając jedenaście lat, a było to w roku 1826, w kościele parafialnym w Castelnuovo. Pomógł mu w tę drogę wyruszyć opatrznościowy spór z przyrodnim bratem Antonim, który miał za złe Jankowi, że zbyt wiele się uczy i gdy mama Małgorzata wspomniała o ewentualności posłania Janka na lekcje łaciny, pewnego dnia powiedział przy obiedzie:
- Po co ta łacina. Na co się to komu przyda? Trzeba pracować i jeszcze raz pracować!
- Być może Janek będzie mógł kiedyś wstąpić do seminarium - odparła mama Małgorzata.
- Aby zostać księdzem - rzekł Antoni - trzeba przynajmniej 10 tysięcy lirów! (co było zawrotną sumą dla ubogiej wieśniaczej rodziny w owych czasach).
Mam już dość - kontynuował Antoni - trzeba skończyć z tą gramatyką! Ja wyrosłem na wysokiego i mocnego chłopa i nigdy nie oglądałem książek!
- Również i nasz osioł nigdy nie chodził do szkoły, a jest większy od ciebie! - powiedział rozgniewany, ale przede wszystkim rozgoryczony Janek.
Naturalnie Antoni wpadł w szał i mamie Małgorzacie z ledwością udało się uratować Janka przed pięściami jego starszego brata. Jednakże, aby zadośćuczynić żądaniom Antoniego, który był bardzo uparty i chciał, aby Janek opuścił dom, mama Małgorzata musiała wysłać Janka do rodziny Moglia mieszkającej w Moncucco. Od tego wydarzenia w domu rodzinnym rozpoczęła się wędrówka Janka Bosko ku celowi, który zarysowywał się w jego sercu coraz wyraźniej.

Dziesięć lat zmagań

Przenieśmy się teraz nieco w czasie, aby lepiej opisać sytuację w jakiej znalazł się Janek po roku 1825 - aż do roku 1835. Było to dziesięć lat jego zmagań z różnymi okolicznościami, aby mógł wreszcie przestąpić próg seminarium duchownego w Chieri.

Od roku 1825 Janek zaczął lekcje łaciny u ks. Calosso w Morialdo. Niestety te darmowe lekcji skończyły się, ponieważ nauczyciel zmarł. Później nastąpiły wydarzenia, o których już wspomniałem na końcu ostatniego odcinka. Janek jednak nie chciał rezygnować z nauki i czyni wszystko, aby kontynuować swoja edukację. Mama Małgorzata również była zdania, że Janek powinien się dalej uczyć. Zaczął więc uczęszczać do Castelnuovo na lekcje łaciny. Przemierzał codziennie 20 kilometrów, co okazało się uciążliwe - szczególnie zimą. Dlatego też Mama Małgorzata podjęła decyzję o tym, aby Janek zamieszkał na stancji u pewnego krawca w Castelnuovo i na miejscu pobierał naukę w szkole. Koszty utrzymania pokrywała Małgorzata produktami rolnymi.

W szkole w Castelnuovo Janek niestety spotkał się raczej z "chłodnym" przyjęciem - zarówno ze strony kolegów jak i nauczycieli. Z powodu jego pochodzenia, ubogiego wyglądu i faktu, że był nieco starszy od swoich kolegów spotykało go wiele przykrości, które jednak powoli ustępowały, gdyż częstokroć okazywało się, że ten "ubogi wieśniak" z Becchi przewyższał zdolnościami i pilnością innych uczniów. Janek był raczej "niespokojnym duchem". Zatrudnił się jako czeladnik u krawca, u którego mieszkał, a ponieważ posługiwał się z równą łatwością zarówno głową jak i rękami, dlatego też szybko nauczył się podstawowych zasad krawiectwa. Umiejętności te przydały mu się u początków jego działalności w Turynie (już jako kapłanowi).

Z czasem jednak Castelnuovo okazało się zbyt małe dla Janka, bowiem w miejscowości tej nie było szkoły średniej, którą Janek musiał skończyć, aby wstąpić do seminarium. Szansę na dalszą edukację stwarzało mu dopiero pobliskie, nieco większe miasteczko - Chieri, gdzie znajdowała się i szkoła średnia i seminarium.. Wyprawa do Chieri to wielkie wydarzenie dla Janka. Przybył tam 24 listopada 1831 roku. Miał wtedy 16 lat głowę pełną pomysłów, ogromny zapał, ale i równie wielkie zaległości w nauce. To go jednak nie martwiło bardziej musiał się martwić o to, jak zdobędzie fundusze na utrzymanie i naukę...

Jak w ostatniej części opowieści o ks. Bosko wspomniałem, 24 listopada 1830 roku Janek przybył do Chieri. Miał 16 lat, wiele optymizmu i inicjatywy, choć i sporo kłopotów z przystosowaniem się do nowych warunków życia - w mieście, które dla niego było środowiskiem obcym i często go zaskakującym. Środki niezbędne do rozpoczęcia nauki Jan zdobył częściowo sam, prosząc swoich sąsiadów o wsparcie, które ze względu na ich sympatię otrzymywał, a częściowo, na ile mogła, wspierała go Mama Małgorzata.

Rozpoczynając naukę Jan miał spore zaległości - które jednak dzięki swym zdolnościom i pracowitości potrafił systematycznie nadrabiać. Szybko zdał egzamin z szóstej do piątej klasy, a później z piątej do czwartej (tak... nie mylę się... - podówczas we Włoszech liczono klasy w odwrotnej kolejności). To właśnie w czwartej klasie w szkole w Chieri jeden z nauczycieli Wincenty Cima, gdy po raz pierwszy zobaczył ucznia wysokiego jak on sam, który w dodatku przybywa do klasy w połowie roku szkolnego (tak szybko Jan "nadrabiał" zaległości w nauce) powiedział żartobliwie:
- Albo ten jest wielkim tępakiem, albo wielkim geniuszem...
- Coś pośrodku - padła humorystyczna odpowiedź nowoprzybyłego ucznia. Także w czwartej klasie Jan Bosko stał się znany w całej szkole, a to dzięki tłumaczeniu z pamięci tekstu łacińskiego z Kornelisza Nepota. Otóż pewnego dnia zapomniał zeszytu z zadaniem domowym, a gdy został poproszony do odpowiedzi chwycił do ręki gramatykę łacińską i z pamięci zacytował po łacinie i przetłumaczył zadany tekst. Wzbudziło to aplauz kolegów i uznanie profesora, który jako ostatni dowiedział się co wywołało takie poruszenie wśród uczniów, gdy już wcześniej dostrzegli wybieg Janka.

W Chieri - również z jego inicjatywy - powstało Towarzystwo Wesołości gromadzące chłopców, którzy chcieli postępować i żyć jako godni miana chrześcijan. Towarzystwo to "przetrwało" próbę czasu i wydało w niedalekiej przyszłości wspaniałe owoce.

Jan w tym czasie imał się różnych zajęć aby "dorobić" na swe utrzymanie. Początkowo mieszkał u pani Lucuny Matta, która pochodziła z tej samej wioski co on. Udzielał także korepetycji jej synowi, który - jak to później wspomina ks. Bosko - wykazywał sporo ochoty do zabawy, czego nie można było powiedzieć odnośnie do nauki. Pracował później w cukierni, w barze, a także i u szewca... Słowem żadna praca nie była mu straszna. Podczas wakacji przebywał u Mamy Małgorzaty w Sussambrino, gdzie przeprowadziła się jeszcze latem 1831 roku. Szczególnie pamiętnymi wakacjami były te z roku 1833, kiedy to w kościele w Buttigliera - 4 sierpnia - osiemnastoletni podówczas Jan Bosko przyjął sakrament bierzmowania. Był to dla niego moment bardzo ważny - jako dla chrześcijanina pragnącego w sposób szczególny poświęcić się Chrystusowej "sprawie" - głoszenia Dobrej Nowiny ubogim i maluczkim. W 1834 roku Jan zdał egzamin do liceum klasycznego, w którym poznał Alojzego Comollo. Przyjaźń z tym chłopcem - nieco młodszym od Janka - wywarła wielki wpływ na jego życie (o tym napiszę jeszcze później, gdy mowa będzie o "seminaryjnych latach" ks. Bosko). Całą edukację, która obejmowała program ówczesnej "szkoły średniej" zakończył Jan Bosko w 1835 roku. Wtedy to musiał dokonać kolejnego ważnego wyboru w swoim życiu... Zakończył się dla niego okres młodzieńczego życia, a nadszedł czas przygotowania się do misji jaką we śnie z dziewiątego roku życia zlecił mu "Piękny Pan".

Czas seminarium

Czas biegnie nieubłaganie... Jan skończył szkołę średnią i chcąc spełnić marzenie swego życia czyli zostać kapłanem i pracować ze szczególnie potrzebującą młodzieżą - chce wstąpić do seminarium. Początkowo Jan Bosko, bojąc się, że nie będzie go stać na utrzymanie się w seminarium, chciał wstąpić do Franciszkanów - bowiem oprócz tego, że osoba św. Franciszka z Asyżu była mu szczególnie bliska, to za studia seminaryjne nie trzeba było tam płacić... Spowiednik nie umiał mu udzielić jednoznacznej odpowiedzi na pytanie jak ma w takiej sytuacji postąpić - czy zamknąć się za klasztornymi murami i w ten sposób zrezygnować praktycznie z działalności apostolskiej na rzecz młodzieży, czy też wstąpić do seminarium diecezjalnego i żyć w niepewności czy wystarczy mu pieniędzy na utrzymanie. Ks. Józef Cafasso - przyjaciel Jana - poradził mu stwierdzając, że Bóg, jeśli będzie taka potrzeba, zatroszczy się o niezbędne do utrzymania się w seminarium fundusze. I stało się... W całym Castelnuovo ogłoszono kwestę na rzecz ubogiego chłopaka, który chciał zostać księdzem. Jeden z księży - ks. Guala - zapłacił za pierwszy rok studiów, a pozostałe trudności usunął z drogi ks. Cafasso.

25 października 1830 roku Jan Bosko wstąpił do seminarium diecezjalnego. Jego matka Małgorzata - powiedziała wtedy do niego: "Jeśli kiedyś zwątpisz w swoje powołanie zrzuć sutannę. Lepszy ubogi rolnik niż zły ksiądz." Te słowa zapadły mu głęboko w pamięć i przypomniały, że życie trzeba brać takim, jakim jest i współpracować z łaską jeszcze mocniej niż do tej pory.

Jan w seminarium czuł się dobrze. Miał dużo czasu na studiowanie i modlitwę, a życie, generalnie ujmując, toczyło się w ustalonym porządku. Rozczarowali go jedynie profesorowie - lecz nie z powodu niekompetencji w dziedzinie prowadzonych przez siebie wykładów lecz dlatego, że utrzymywali zbyt duży dystans do alumnów, unikali przebywania wśród nich. Jan postanowił, że jeśli Bóg pozwoli i zostanie kapłanem, to inaczej będzie postępował wobec swych wychowanków. Ks. Bosko tak pisał o całej tej sytuacji w swoich wspomnieniach: "Ta metoda miała tylko tę zaletę, że rozniecała we mnie tęsknotę za prawdziwym kapłaństwem, za tym, aby iść do młodzieży, poznawać ją i pomagać w walce ze złem." We wzroście duchowym pomogła Janowi przyjaźń z Alojzym Comollo, o której wspomniałem w ostatnim "odcinku". Janek bowiem, z natury swej niespokojny duch, był porywczy i żywy, co często powodowało, że łatwo ulegał emocjom. Przyjaźń ze spokojnym, starającym się być dobrym dla wszystkich, nikomu nie sprawiającym przykrości, a nade wszystko rozmodlonym Comollo nauczyła Jana opanowania, łagodności i okazywania dobroci. Naturalnie przyjaciele wymieniali się doświadczeniami, wspólnie się uczyli rozwiązywali swoje wątpliwości. Niestety 2 kwietnia 1839 roku Alojzy Comollo umiera. Przedtem jednak dwaj przyjaciele "umówili się", że ten, który pierwszy umrze przyjdzie "poinformować' drugiego czy dostał się do nieba. Jan czekał na tę "informację" krótko. Następnej nocy po pogrzebie Alojzego dotarła do niego aż nazbyt wyraźnie, bowiem on i jego Koledzy z sypialni, a także i inni alumni (którzy zgodnie to poświadczali) usłyszeli wśród potężnego trzasku i łoskotu trzykrotnie wypowiedziane słowa : "Bosko, jestem zbawiony!". No cóż, ktoś powie bajka, a ja odeślę go do Centralnego Archiwum Salezjańskiego (mała podróż do Rzymu...) i niech tam odszuka spisanych świadectw ludzi, którzy uczestniczyli w tym wydarzeniu (na pewno tam będą...).

Jan żył i musiał dalej pracować, aby osiągnąć zamierzony cel i zostać kapłanem i w ten sposób wraz z młodymi - zmierzać do "stacji" niebo. Studiował ze szczególnym zainteresowaniem historię i patrologię, czyli naukę Ojców Kościoła. Zdobył ogromną wiedzę, która później w wielu przypadkach procentowała w spotkaniach z drugim człowiekiem. Jan przebył już całą formację seminaryjną i dnia 6 czerwca 1841 roku, z rąk ks. arcybiskupa Fransoniego przyjął święcenia kapłańskie. Od tego dopiero momentu tak na prawdę rozpoczęło się dzieło ks. Bosko, a świat zyskał kapłana, który do dziś pociąga ludzi do Boga przykładem swej świętości.