Początki oratorium




Po otrzymaniu święceń kapłańskich ks. Bosko otrzymał kilka ciekawych propozycji "zatrudnienia" jako kapłan. Nie skorzystał z nich - a to za sprawą jednego ze swoich przyjaciół - księdza Cafasso, który nakłonił go do wstąpienia do Konwiktu Kościelnego w Turynie. Ks. Bosko mógł tam doświadczyć posługi kapłańskiej wśród ubogich mieszkańców miejskich przedmieść, co pozwoliło mu bliżej poznać to środowisko. Konwikt spełniał jeszcze inne zadania niż tylko posługa wśród ubogich, o których jednak pisał nie będę - ze względu na obszerność tego zagadnienia. Dość wspomnieć, że młody kapłan miał "okazję" dostrzec pole swojej pracy - ubogich chłopców z przedmieść, którzy narażeni byli w sposób szczególny na wpływ Złego. Bezczynność i bieda sprawiały, że chłopcy ci byli gotowi do najgorszego. Doświadczenia ks. Bosko z tego okresu w sposób znaczący wpłynęły na sposób i metody jego przyszłej pracy.

Dzieło ks. Bosko rozpoczęło się od spotkania z ubogim murarczykiem - Bartłomiejem Garellim, które nastąpiło najprawdopodobniej 8 grudnia 1841 roku w kościele świętego Franciszka z Asyżu w Turynie, a którego świadkiem - poniekąd także uczestnikiem (chciał bowiem wygonić chłopca sprzed zakrystii) był zakrystianin tegoż kościoła. Opisując w skrócie to spotkanie można stwierdzić, że na każde pytanie ks. Bosko odnoszące się do katechizmu, umiejętności pisania czy też czytania odpowiedź ze strony chłopca była negatywna... Ks. Bosko jednak nie byłby sobą, gdyby nie znalazł jakiegoś "ogniwa łączącego" - to znaczy czegoś, co chłopiec umiałby zrobić... Ostatnie pytanie ks. Bosko brzmiało: "A gwizdać umiesz?" Umiał... a w następnym tygodniu przyszedł wraz z kilkoma kolegami na zaproponowane przez przyjaznego dla niego kapłana lekcję katechizmu. I tak się zaczęło. W kilka miesięcy później m spotkania z ks. Bosko przychodziło już około osiemdziesięciu chłopców, z których żaden nie miał pojęcia o katechizmie. Dobrze im było ze sobą nawzajem - bo ksiądz, którego spotkali, nie tylko mówił im o Bogu, ale był także towarzyszem ich zabaw - stał się dla nich po prostu przyjacielem.

Liczba chłopców systematycznie się powiększała i w takiej sytuacj ks. Bosko zmuszony był do poszukiwania jakiegoś miejsca, w którym mógłby się spotykać ze swoimi młodymi przyjaciółmi Przez trzy lata gromadził chłopców w krużgankach i na podwórka Konwiktu Kościelnego, w którym zamieszkiwał. Mimo, iż chłopcy nie należeli do "ułożonych gości" konwiktu, pozwalano im tan przebywać bez żadnej skargi ze strony innych mieszkańców tego miejsca. Jednakże po ukończeniu nauki w konwikcie musiał go opuścić i znów nie miał gdzie się podziać ze swoimi chłopcami

Na osiem miesięcy przyjęła ks. Bosko i jego "bandę rozkrzyczanych łobuzów" hrabina Barolo, która zatrudniła ks. Bosko jako kapelana prowadzonego przez siebie domu dla upadłych dziewcząt. Ale hrabinie zabrakło cierpliwości do chłopców...chciała zatrzymać ks. Bosko, ale bez jego "przyjaciół". Ponieważ jednak ten, jak go określano "dziwny kapłan", nie zwykł rozstawać się ze swym przyjaciółmi, dlatego odszedł wraz z nimi... Ks. Bosko długi jeszcze czas wynajdywał przeróżni miejsca dla swego "Wędrownego Oratorium" (turyńskie kościoły, łąki, przycmentarne kapliczki, pozamiejskie lasy...), ale żadne z tych miejsc nie miało charakteru stałego i prędzej czy później musiał z niego rezygnować. Stan taki trwał około czterech i pół roku (przyjmując datę spotkania z Bartłomiejem Garellim za początek dzieła ks. Bosko) od 8 grudnia 1841 roku do 5 bądź 13 kwietni 1846 roku, kiedy to niejaki Pankracy Soave przyszedł do ks. Bosko oznajmiając mu, że jego znajomy, Franciszek Pinardi ma do sprzedania szopę...

Po "oględzinach" ks. Bosko zdecydował się na kupno tej szopy, która wymagała remontu oraz przyległej doń łąki. Nie miał jeszcze pieniędzy, ale... o to zatroszczy się już "Ktoś" inny...

"Mamy Oratorium, z którego nikt nas już nie wygoni!" - taką oto wiadomość przekazał ks. Bosko swoim chłopcom, gdy powrócił z "oględzin" szopy Pinardiego. Ks. Bosko miał zamiar kupić to miejsce, jednakże z powodu braku gotówki na początek zawarł kontrakt wynajmu na trzy lata (jeszcze przed ich upływem ks. Bosko udało się wykupić budynek i plac za 30 tys. lirów). Po niezbędnych pracach porządkowo - remontowych nastąpiło, za zgodą Arcybiskupa, pobłogosławienie kaplicy i całego obiektu. Uroczystość ta miała miejsce dnia 12 IV 1846 roku. Arcybiskup udzielił także stałego pozwolenia na odprawianie w kaplicy Mszy świętych i różnego rodzaju nabożeństw, co ks. Bosko i jego chłopcom umożliwiło częste korzystanie z Sakramentów świętych.

Kiedy wszystko wydawało się układać pomyślnie, ks. Bosko wyczerpany nadmiarem pracy, ciągłym zabieganiem, zatroskaniem o dobro duchowe i materialne chłopców, poważnie zachorował. W jedną z niedziel lipca 1846 roku, po całodziennym pobycie w Oratorium ks. Bosko zemdlał w swoim pokoju. Wezwani lekarze orzekli zapalenie płuc. Choroba była w stadium na tyle zaawansowanym, że udzielono ks. Bosko Wiatyku i w zasadzie spodziewano się najgorszego. Dla chłopców było to jednak nie do przyjęcia... swoją postawą wywołali niemałe zdziwienie tych, którzy mogli ich obserwować. "Zgraja łobuzów" na zmianę czuwała przed Jezusem Eucharystycznym w kościele Matki Boskiej Pocieszenia w Turynie, a kiedy zamykano kościół trwali na modlitwie przed domem chorego ks. Bosko. Wielu z nich podejmowało nawet jakieś umartwienia w intencji uzdrowienia swego Przyjaciela. Postanowili tak długo "naciskać" na Pana Boga, jak długo będzie trzeba... Ich wytrwałość i nadzieja przyniosły owoce. Lekarze stwierdzili, że kryzys minął i ks. Bosko zacznie wracać do sił - potrzebuje jednak spokoju i odpoczynku. Chłopcy uradowali się tą wiadomością i pod przewodnictwem ks. Borela (wielkiego przyjaciela ks. Bosko) złożyli Bogu dziękczynienie za uzdrowienie. Kiedy stan zdrowia ks. Bosko poprawił się na tyle, że mógł już wstać z łóżka, spotkał się ze swoimi "urwisami", którzy na ramionach wnieśli go na plac Oratorium, a z ust uzdrowionego usłyszeli : "Dziękuję wam wszystkim za dowody przywiązania. Dziękuję zwłaszcza za modlitwy, które przywróciły mi życie. Jeśli dzisiaj jestem tutaj, wam to zawdzięczam. I czy nie wydaje się wam słuszne, abym poświęcił wam wszystkie dni, które Bóg mi jeszcze da?".

Nieco później ks. Bosko udał się na wypoczynek do Castelnuovo. W czasie jego nieobecności Oratorium opiekowało się kilku księży pod kierownictwem ks. Borela. Przez trzy miesiące ks. Bosko wypoczywał i zbierał kolejne pomysły na rozwój dzieła, które Bóg przez niego zapoczątkował. Odbył też jedną bardzo poważną rozmowę ze swoją Mamą, w wyniku której Matusia Małgorzata spakowała to, co uznała za niezbędne do życia i dnia 3 listopada 1846 roku udała się na pieszo, wraz ze swoim synem do Turynu ( ok. 30 km !!!). Maszerowali ok. 7 godzin. Mama Małgorzata śpiewała, aby nieco umilić sobie i synowi drogę następujące słowa : "Biada światu, jeżeli ma nas za przybłędy nie posiadające niczego". Oprócz złotego łańcuszka i ślubnej obrączki nie posiadała niczego... posiadała jednak skarb najcenniejszy - miłość do Boga i do ludzi, którą przyjdzie jej wielokrotnie realizować na Valdocco w Turynie.

Moment ten to właściwie początek nowego rozdziału w istnieniu Oratorium. Ksiądz Bosko i jego chłopcy mieli już stabilny "punkt zaczepienia", a nadto matczyne serce Matusi Małgorzaty